czwartek, październik 18, 2018

Znajdź na stronie

Vinaora Nivo Slider

Vinaora Nivo Slider 3.xVinaora Nivo Slider 3.xVinaora Nivo Slider 3.xVinaora Nivo Slider 3.x

Przyciski strona główna

 

uczniowie nauczyciele bibioteka pedagogrekrutacja wspolpraca FSYNTEAA1tot1rainbow1P

Wspomnienie z lat wojny

Fundacja Moje Wojenne Dzieciństwo wydała kilkadziesiąt wspomnień Polaków, którzy w momencie wybuchu II wojny światowej byli dziećmi i dorastali w tym trudnym czasie. Świat oglądany oczami tych, którym odebrano dzieciństwo, a stres w jakim żyli odcisnął się piętnem na dalszym życiu wart jest przez dzisiejszego czytelnika zauważenia i odczytania także jako przestrogi przed konfliktami zbrojnymi, w których najbardziej cierpią dzieci. Wiele z opublikowanych wspomnień jest dostępnych na stronie internetowej Fundacji. Wśród wspomnień opublikowanych w tomiku wydanym w 2002 r. znalazło się jedno dla nas szczególnie cenne, gdyż mówiące o Siennicy. Opisał swoje przeżycia Mieczysław Szostak, który we wrześniu 1939 r. miał zostać uczniem naszego gimnazjum.  Fragmenty jego pracy przedstawiam poniżej, a całość jest do przeczytania także na stronie internetowej pod adresem: www.mojewojennedziecinstwo.pl/pdf/09_szostak_mialem.pdf

 Mieczysław Szostak urodził się 13 kwietnia 1926 r. w Wojnicy na Ukrainie. Miał siostrę Teresę. W czasie II wojny światowej mieszkał z rodzicami w Siennicy w powiecie Mińsk Mazowiecki.

Miałem ...naście lat

Wojna, wojna! Mam zaledwie czternaście lat. Właśnie ukończyłem szkołę podstawową. Nie znam jeszcze całej grozy tego słowa. Widzę niepokój i przygnębienie w zachowaniu moich rodziców. Panuje powszechna niepewność, chwilami strach... [...]. Wzrasta zamieszanie i napięcie. Na niebie panują niepodzielnie niemieckie samoloty. Z wysoka błyszczą jak jakieś srebrne ptaki i są zupełnie bezkarne. Pociski z karabinów maszynowych odbijają się od ich kadłubów i spłaszczone spadają na dachy domów i ziemię.

Niespodziewanie do Siennicy przylatuje kilka polskich samolotów. Jednak są one takie jakieś niepozorne i lecą tuż nad samą ziemią, jakby się bały. Po chwili ukradkiem lądują na folwarcznym polu, a właściwie rżysku i szybko chowają się pod osłoną lasu. I tak już tu pozostaną porzucone i bezużyteczne. Tylko nad jednym z nich zlitował się jakiś chłop, zaprzągł konia i przyciągnął go na swoje podwórze.

Mieszkam w Siennicy – niewielkiej osadzie, chociaż z wielkimi tradycjami. Znajdują się tu: Urząd Gminny, posterunek Policji, dwa kościoły (jeden modrzewiowy na górce koło rynku i drugi murowany z przybudówkami klasztornymi). Jednak chlubą osady jest Państwowe Gimnazjum – przedtem szeroko znane Seminarium Nauczycielskie. Mieści się ono w okazałym gmachu z własną elektrownią, nowoczesną infrastrukturą, oczyszczalnią ścieków i stosunkowo dużym ogrodem botanicznym. [...]

Ponieważ Siennica leży na skrzyżowaniu dróg, nigdy nie omijają jej żadne kataklizmy, a w tym i działania wojenne. Tak jest i tym razem. A zaczęło się od bombardowania, chociaż nie ma tu żadnych obiektów strategicznych. Dlatego przed zbliżającym się frontem uciekamy do rodziny mieszkającej w maleńkiej wiosce cztery kilometry od Siennicy. [...]. ... wracamy pośpiesznie do domu. Po drodze mijamy wieś Łękawica, gdzie płoną zabudowania gospodarskie. W dole, wykopanym przez same ofiary, leży rozstrzelanych dwudziestu dwu mężczyzn. Jest to odwet za zabitego przez wojskowy patrol polski łącznika niemieckiego, który jechał na motocyklu. Za karę spędzono mężczyzn z całej wsi. Po jednej stronie rozkazano stanąć mieszkańcom wsi, a po drugiej przyjezdnym i Żydom. Niektórzy wielokrotnie przebiegali z grupy do grupy, bowiem nie wiedzieli, która z nich poniesie konsekwencje za śmierć Niemca. Spośród rozstrzelanych ratuje się tylko jeden młody Żyd, który pierwszy przewrócił się do dołu, w którym pokryły go ciała zamordowanych mężczyzn.

Zjeżdżamy z górki do mostku nad niewielkim strumieniem. Tuż za nim, po lewej stronie rośnie sosnowy zagajnik, zwany Kępą. Obok w przydrożnym rowie, oparty o zbocze, siedzi zabity polski żołnierz. Wygląda jakby spokojnie spał. Bez słowa i w milczeniu jedziemy dalej. Po prawej stronie mijamy cmentarz, na którym odbywa się pochówek. Nad Siennicą widać pożary i dymy. Przy wjeździe, naprzeciw murowanego kościoła, stoi rozbita polska tankietka. Na szczęście nasz drewniany dom ocalał... [...].

Tymczasem Niemcy pędzą do niewoli tysiące żołnierzy i cywilów, w tym wielu naszych znajomych, którzy widząc nas wołają: „Wody, wody!”. Widać, że są niesamowicie zmęczeni, osowiali, głodni i spragnieni. [...]

W tydzień po wejściu wojsk niemieckich nagle pojawia się w Siennicy oddział wojska polskiego – w pełnym rynsztunku i z taborami. Widać, że jest wypoczęty i dobrze wyposażony. Powstał popłoch, że znowu zaczną się działania wojenne. Przerażeni mówimy im, że już od kilku dni stacjonuje tu Wehrmacht. Było to dla nich całkowitym zaskoczeniem – jakby spadli z innej planety. Złożyli więc szybko broń na wozy i pojechali się poddać.

Wojna szybko dobiega końca i zaczyna się długa i mroczna okupacja. Następuje niebywały terror fizyczny i psychiczny. Odbywają się pokazowe egzekucje, przeważnie za posiadanie broni, najczęściej zupełnie przypadkowej, której wszędzie jeszcze wiele się walało. Ma to na celu zastraszenie i bezwzględne podporządkowanie Polaków niemieckiemu drylowi i procesom eksterminacji. Pierwsza pokazowa egzekucja odbywa się na rynku, w obecności spędzonych mieszkańców Siennicy. Po odczytaniu dla porządku wyroku, pluton egzekucyjny strzela salwą do skazanego, który osuwa się na ziemię. Następnie dowódca plutonu sprawdza puls skazanego i dobija go strzałem w głowę z pistoletu. Wszystkie następne egzekucje odbywają się w miejscu zwanym kaźnią, za murem. W jego zachodniej części mieści się wąska furta, za którą wkopany jest specjalny słup. Do niego właśnie przywiązywano skazanych, a następnie rozstrzeliwano ich. [...]

Ponieważ Gimnazjum w Siennicy nie działa, podejmuję naukę w Mińsku, w prywatnym Gimnazjum Kupiecko-Handlowym. [...].

Wielu z naszych profesorów już aktywnie działa w konspiracji. Należy do nich przede wszystkim bardzo lubiany przez nas nauczyciel polskiego... [...]... jest tak przemęczony działalnością konspiracyjną w terenie, że w czasie lekcji zasypia na stojąco. Wtedy siedzimy bardzo cicho, prawie bez oddechu, aby chociaż trochę mógł odespać noc i zregenerować siły. Najczęściej po chwili budzi się i zaczyna zajęcia dokładnie w tym miejscu, w którym je przerwał, gdy zmógł go sen. W końcu doszedł do takiej perfekcji, że śpiąc mówił – co prawda bardzo wolno – a nawet odpytywał z przerobionego materiału. Staramy się dobrą nauką i zachowaniem wynagrodzić mu jego trud konspiracyjny. [...]. Większość z nas marzy o działalności konspiracyjnej, o wstąpieniu do partyzantki. Na początku nie dla wszystkich jest to osiągalne, ze względu na młody wiek, brak odpowiedniego kontaktu i często opór rodziny, która w razie wpadki, również ponosiła konsekwencje. W rezultacie, już w starszych klasach, większość spełniła te marzenia, ale za cenę późniejszych aresztowań, bądź długiego ukrywania się. Niestety również profesor polskiego został aresztowany i rozstrzelany przez gestapo.[...]

Na teren naszej gminy często wpada znienacka karna zmotoryzowana kolumna gestapo, która szerzy terror, pali domy i osiedla oraz morduje ludzi. W czasie jednego z takich nalotów na Siennicę gestapo łapie sąsiada – nauczyciela działającego w konspiracji. Katują go i biją drewnianymi kołkami, że aż pękają mu żebra i wychodzą przez skórę. Kiedy traci przytomność polewają go wodą ze znajdującej się obok studni i biją na nowo, do utraty przytomności. Pomimo to nikogo i nic nie wydaje. Wreszcie uznają, że jest już martwy i zostawiają go. W rezultacie kona jeszcze przez dwa dni. [...]

To wspólne przeżycie jeszcze bardziej nas zbliżyło i umocniło wzajemne zaufanie. Wtedy wyznałem mu, że pragnę wstąpić do partyzantki. Po niezbyt długim czasie oznajmia mi, że zostaję przyjęty do Armii Krajowej. Następnego dnia przychodzi z porucznikiem Jankiem i w konspiracji przed rodzicami, w piwnicach naszej wytwórni, składam przed nimi przysięgę na Krzyż i Biblię. Przyjmuję pseudonim „Mek”. Przy okazji zapoznają mnie z działaniem miny magnetycznej do wysadzania niemieckich pojazdów oraz pistoletem. Początkowo prawie wszyscy w konspiracji otrzymywali broń, bądź ją zdobywali. Później po wielu wpadkach, najczęściej z głupoty, nie przestrzegania zasad konspiracji, broń zmagazynowano i wydawano tylko na czas akcji. Wyjątek stanowili oficerowie i służby specjalne. Ja odtąd mam spełnić funkcję łącznika. Niestety, wkrótce porucznik Janek ginie, jako dowódca obstawy radiostacji. W czasie zasadzki tak zostaje posiekany kulami przez gestapo, że ciało trzeba wiązać ręcznikami, by móc złożyć je do trumny. W ten sposób moim instruktorem pozostaje głównie Tadeusz. Prowadzi ze mną zajęcia z regulaminu musztry. Zajęcia z taktyki odbywają się głównie w terenie, podczas wycieczek i spacerów. Jako łącznik przewożę meldunki do dowódców oddziałów terenowych. Z zasady są to nauczyciele wiejskich szkół, bądź właściciele sklepów. Na ogół moje przyjazdy nie budzą podejrzeń, bo związane są z działalnością handlową wytwórni. W sklepach, w obecności klientów, z zasady zaczynam rozmowę z właścicielem na temat dostaw i zwrotu opakowań. Później przechodzimy na zaplecze, gdzie wręczam im meldunki. Zawsze są to maleńkie zwitki bibuły, które idealnie mieszczą się w klamrze paska. Nigdy nie znam ich treści, aby w razie wpadki i torturowania podczas śledztwa nic faktycznego nie móc zdradzić. Meldunki muszę doręczać wyłącznie do rąk własnych adresata. Jeżeli go nie zastaję, czekam aż do skutku. Stąd nieraz zdarzało mi się wracać ciemną nocą, dawno po godzinie policyjnej. Najbezpieczniej jest iść, nie drogami a polami, najlepiej przez lasy, bo tam na ogół nie ma żandarmów. Działalność moja na tyle jest niebezpieczna, że wpadka któregokolwiek z moich adresatów może prowadzić do mojej dekonspiracji – z wiadomymi skutkami. [...]

Dotychczas sprzyja mi szczęście i dopiero przed samym wyzwoleniem wpadam podczas powrotu z ostatniego już zadania. Na ulicy zatrzymuje mnie patrol Wehrmachtu. Gdy próbuję wyjaśnić, że przecież jeszcze nie godzina policyjna. Słyszę tylko „raus!”. Jednocześnie dostaję kolbą karabinu w prawy bok. Padam na jezdnię, na bruk. Drugi z żołnierzy, wrzeszcząc, kopie mnie między innymi w prawe udo. W obawie przed dalszymi razami z trudem się podnoszę. Poszturchując i popychając, pędzą mnie w stronę gimnazjum, gdzie stacjonuje jednostka Wehrmachtu. Wchodzimy do drewnianej wartowni, baraku, który stoi przy bramie wjazdowej. W czasie rewizji wkładają mi do kieszeni bluzy magazynek z nabojami. Następnie tryumfalnie wyciągają go grożąc nim. Tłumaczę, że to nie należy do mnie. Wtedy dostaję nim w głowę. W wyniku tego spływa mi intensywnie krew pomiędzy szyję i kołnierz. Tworzy się duży skrzep. Przy tym ciągle wrzeszczą na mnie, popychają i poszturchują. Żeby ich nie denerwować kompletnie milczę. Wreszcie dają mi spokój, więc siadam na ławie pod ścianą i czekam co będzie dalej. Rano kolejny patrol prowadzi mnie w kierunku furty, za którą mieści się już wcześniej wspomniane miejsce kaźni. Jestem prawie przekonany, że to już koniec, że będę rozstrzelany. Jednak gdy przechodzimy w pobliżu gmachu, skręcamy nagle i schodzimy do suteryny, do ambulatorium przy szpitalu polowym. Oddycham z ulgą i ogromną radością. Nareszcie udzielą mi pomocy medycznej, opatrzą ranę głowy i uda. Tymczasem każą mi usiąść na krześle. Podchodzi lekarz, podwijają mi rękaw i zamiast opatrunków pobierają krew. Nie pamiętam jak długo to wszystko trwa, bowiem tracę przytomność. Budzi mnie szarpanie i tradycyjne pokrzykiwanie. Z trudem się podnoszę, gdyż jestem bardzo osłabiony. W korytarzu pozwolono mi nareszcie napić się wody. Z powrotem wracamy na wartownię. Siadam na swoim miejscu i zaczynam rozmyślać o ucieczce. Na wartowni nasila się zamieszanie, spowodowane prawdopodobnie odgłosami zbliżającego się frontu. Na dobrą sprawę nikt już się mną nie zajmuje. Tak dotrwałem do wieczora i gdy robi się zupełnie ciemno proszę o pozwolenie na wyjście za swoją potrzebą. W pobliżu nie widać nikogo. Wiem, że obok w murze jest zarośnięta krzewami dziura po pocisku artyleryjskim, jeszcze z trzydziestego dziewiątego roku. Nagle olśniewająca decyzja – uciekam. Ostatni rzut oka, czy droga wolna i susem do dziury. Błyskawicznie przedzieram się przez zarośla i wreszcie jestem za murem. Rozsadza mnie radość. Pośpiesznie czołgam się pod murem, aby jak najdalej od wartowni. Teraz muszę jedynie uważać na żołnierzy patrolujących tę okolicę. W końcu po długim czołganiu i skradaniu się docieram do domu. Jestem uratowany, szczęśliwy, lecz strasznie wyczerpany.

Wkrótce, po krótkich i zaciętych walkach, Siennica jest wolna od Niemców, chociaż znowu płonie. Główna bitwa pancerna odbywa się niedaleko za Siennicą. Na kolumnę pancerną wojsk radzieckich, zmierzającą w kierunku Mińska, uderza spóźniony oddział czołgów niemieckich. Obraz po bitwie wstrząsający: porozwalane maszyny, sterczące z ziemi samotne kadłuby żołnierzy niemieckich – bez rąk i nóg. Natychmiast w sąsiedztwie Siennicy powstają trzy lotniska radzieckie. W gmachu gimnazjum powstaje ogromny szpital polowy. [...]